Zebra, najbardziej praktyczny z ludzi, zamierzał popełnić największe głupstwo w swoim długim, czterdziestoletnim życiu. Być może, pomyślał z przekąsem, ostatnie. Są jednak rzeczy, które mężczyzna po prostu musi zrobić. Inaczej lepiej od razu odwiesić jaja na wieszak i umrzeć jako stary, zdziecinniały, robiący pod siebie... Nikt.
Sięgnął do spinki płaszcza i rozpiął ją, pozwalając kosztownej tkaninie opaść na deski nabrzeża. Prosto w kałużę czegoś brązowego, być może – ale tylko być może – błota. Nie warto go podnosić – jeśli przeżyje, kupi sobie nowy. Jeśli nie przeżyje... Cóż, najwyżej pochowają go w brudnym.
Uspokój się. Skup się na walce, nie na umieraniu – ono jest łatwe.
- Zastrzelić drania?
Drzazga z uwagą obserwował walczących, co było dość zaskakujące. Dotychczas mały zabójca nie wykazywał zainteresowania klientami, po prostu robił to, za co mu zapłacono i w tym samym momencie zapominał o sprawie. Teraz było inaczej.
- Jeśli mnie położy, wtedy go zastrzelisz. Nie wcześniej.
Zabójcy spojrzeli na siebie. Po chwili Drzazga skinął głową.
- Dobry jest. Ale nie tak dobry, jak ty – powiedział, bezwiednie gładząc mahoniową kolbę kuszy. Potwornie droga broń, jednak warta każdego wydanego nań czerwieńca. Taka, na której próżno szukać znaku rzemieślnika – ci, co potrafili ją docenić, znali jego imię. Innym ta wiedza na nic by się nie zdała.
- Zobaczymy. – Zebra dobył miecza i od razu poczuł się lepiej. Większość ludzi czuje lęk tuż przed walką. On należał do mniejszości – strach i niepewność znikały, gdy sięgał po broń. Nigdy jednak nie robił tego pochopnie; nawet wtedy, kiedy wiedział, że starcie jest nieuniknione, zwlekał niemal do ostatniej chwili. Niemal – wszak wciąż żył.
Wdech, wydech. Wdech. Wydech.
Wyłonił się z zaułka i ruszył w stronę młodego szermierza, który wycierał zakrwawione ostrze w płaszcz jednego z napastników. Martwych napastników.
Zauważył Zebrę i wyprostował się, przeszywając go spojrzeniem brązowych oczu.
- Ty też chcesz? – zapytał znużonym głosem i z rezygnacją pokręcił głową.
Zebra zignorował pytanie i uniósł miecz w geście pozdrowienia...
... by mgnienie oka później wystrzelić naprzód. Cięcie było szybkie niczym atak węża, jednak jego przeciwnik uniknął go bez trudu. Nie próbował przyjąć ostrza na zastawę, po prostu odsunął się i, zachowując doskonałą równowagę, wyprowadził morderczą kontrę. Zebra wykręcił ciało i zbił broń przeciwnika. Niewiele brakowało, a pojedynek skończyłby się w pierwszym zwarciu.
Obaj szermierze stanęli naprzeciw siebie. Byli profesjonalistami i rzut oka wystarczył, by ocenić, z kim przyszło im się zmierzyć. Czekali.
Być może są rzeczy, które mężczyzna po prostu musi zrobić. Ale Zebra wiedział, że to tylko część prawdy. Gdy patrzył, jak młody szlachcic zabija jego trzech pomagierów, ludzie nie obdarzonych wielkim talentem, ale zręcznych i silnych, wiedział, że oto spotkał godnego siebie przeciwnika. Przeciwnika, z którym musi skrzyżować broń, inaczej nigdy więcej nie zaufa swoim umiejętnościom. Nie mógł na to pozwolić, jako zawodowiec... I, przyznał ze wstydem, jako mały, zalękniony chłopak, ukrywający się przed Krzywym Zębem.
Zebra przez całe życie starał się walczyć z tym, co napełniało go lękiem.
Dlatego teraz ryzykował głupi pojedynek. Niech to demony...
Młodszy z szermierzy zaatakował z prawej, wysokim, sygnalizowanym cięciem z ramienia. Zabójca nie dał się zwieść i, zamiast blokować, cofnął się o krok, zmuszając przeciwnika do zmiany rytmu. Mógłby przysiąc, że, drań, się uśmiechnął
Stal zabrzęczała o stal, potem jeszcze raz, i jeszcze, ale żaden z walczących nie ryzykował rozstrzygającego ataku.
W takich chwilach o zwycięstwie decydowały nie umiejętności, bo te u obu były równe, ale silna wola i wyczucie właściwej okazji.
Niespodziewanie, młody szermierz krzyknął na cały głos i rzucił się do ataku. Zebra sparował pierwsze cięcie, drugie, trzecie, nie mając czasu na kontratak. Cofał się, ulegając wściekłej szarży, odbił nadlatujący z boku miecz i, widząc lukę w jego obronie, pchnął w odsłonięty brzuch przeciwnika.
Mam cię, pomyślał.
Ostrze rozcięło żustakor i zagłębiło się dalej, mknąc na spotkanie ciała.
Bang.
Przedramię i nadgarstek zabójcy eksplodowały ogniem, kiedy wykręcone pod nienaturalnym kątem stawy odmówiły posłuszeństwa. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, była rękojeść miecza, mknącego na spotkanie z jego głową.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz