Zebra, najbardziej praktyczny z ludzi, zamierzał popełnić największe głupstwo w swoim długim, czterdziestoletnim życiu. Być może, pomyślał z przekąsem, ostatnie. Są jednak rzeczy, które mężczyzna po prostu musi zrobić. Inaczej lepiej od razu odwiesić jaja na wieszak i umrzeć jako stary, zdziecinniały, robiący pod siebie... Nikt.
Sięgnął do spinki płaszcza i rozpiął ją, pozwalając kosztownej tkaninie opaść na deski nabrzeża. Prosto w kałużę czegoś brązowego, być może – ale tylko być może – błota. Nie warto go podnosić – jeśli przeżyje, kupi sobie nowy. Jeśli nie przeżyje... Cóż, najwyżej pochowają go w brudnym.
Uspokój się. Skup się na walce, nie na umieraniu – ono jest łatwe.
- Zastrzelić drania?
Drzazga z uwagą obserwował walczących, co było dość zaskakujące. Dotychczas mały zabójca nie wykazywał zainteresowania klientami, po prostu robił to, za co mu zapłacono i w tym samym momencie zapominał o sprawie. Teraz było inaczej.
- Jeśli mnie położy, wtedy go zastrzelisz. Nie wcześniej.
Zabójcy spojrzeli na siebie. Po chwili Drzazga skinął głową.
- Dobry jest. Ale nie tak dobry, jak ty – powiedział, bezwiednie gładząc mahoniową kolbę kuszy. Potwornie droga broń, jednak warta każdego wydanego nań czerwieńca. Taka, na której próżno szukać znaku rzemieślnika – ci, co potrafili ją docenić, znali jego imię. Innym ta wiedza na nic by się nie zdała.
- Zobaczymy. – Zebra dobył miecza i od razu poczuł się lepiej. Większość ludzi czuje lęk tuż przed walką. On należał do mniejszości – strach i niepewność znikały, gdy sięgał po broń. Nigdy jednak nie robił tego pochopnie; nawet wtedy, kiedy wiedział, że starcie jest nieuniknione, zwlekał niemal do ostatniej chwili. Niemal – wszak wciąż żył.
Wdech, wydech. Wdech. Wydech.
Wyłonił się z zaułka i ruszył w stronę młodego szermierza, który wycierał zakrwawione ostrze w płaszcz jednego z napastników. Martwych napastników.
Zauważył Zebrę i wyprostował się, przeszywając go spojrzeniem brązowych oczu.
- Ty też chcesz? – zapytał znużonym głosem i z rezygnacją pokręcił głową.
Zebra zignorował pytanie i uniósł miecz w geście pozdrowienia...
... by mgnienie oka później wystrzelić naprzód. Cięcie było szybkie niczym atak węża, jednak jego przeciwnik uniknął go bez trudu. Nie próbował przyjąć ostrza na zastawę, po prostu odsunął się i, zachowując doskonałą równowagę, wyprowadził morderczą kontrę. Zebra wykręcił ciało i zbił broń przeciwnika. Niewiele brakowało, a pojedynek skończyłby się w pierwszym zwarciu.
Obaj szermierze stanęli naprzeciw siebie. Byli profesjonalistami i rzut oka wystarczył, by ocenić, z kim przyszło im się zmierzyć. Czekali.
Być może są rzeczy, które mężczyzna po prostu musi zrobić. Ale Zebra wiedział, że to tylko część prawdy. Gdy patrzył, jak młody szlachcic zabija jego trzech pomagierów, ludzie nie obdarzonych wielkim talentem, ale zręcznych i silnych, wiedział, że oto spotkał godnego siebie przeciwnika. Przeciwnika, z którym musi skrzyżować broń, inaczej nigdy więcej nie zaufa swoim umiejętnościom. Nie mógł na to pozwolić, jako zawodowiec... I, przyznał ze wstydem, jako mały, zalękniony chłopak, ukrywający się przed Krzywym Zębem.
Zebra przez całe życie starał się walczyć z tym, co napełniało go lękiem.
Dlatego teraz ryzykował głupi pojedynek. Niech to demony...
Młodszy z szermierzy zaatakował z prawej, wysokim, sygnalizowanym cięciem z ramienia. Zabójca nie dał się zwieść i, zamiast blokować, cofnął się o krok, zmuszając przeciwnika do zmiany rytmu. Mógłby przysiąc, że, drań, się uśmiechnął
Stal zabrzęczała o stal, potem jeszcze raz, i jeszcze, ale żaden z walczących nie ryzykował rozstrzygającego ataku.
W takich chwilach o zwycięstwie decydowały nie umiejętności, bo te u obu były równe, ale silna wola i wyczucie właściwej okazji.
Niespodziewanie, młody szermierz krzyknął na cały głos i rzucił się do ataku. Zebra sparował pierwsze cięcie, drugie, trzecie, nie mając czasu na kontratak. Cofał się, ulegając wściekłej szarży, odbił nadlatujący z boku miecz i, widząc lukę w jego obronie, pchnął w odsłonięty brzuch przeciwnika.
Mam cię, pomyślał.
Ostrze rozcięło żustakor i zagłębiło się dalej, mknąc na spotkanie ciała.
Bang.
Przedramię i nadgarstek zabójcy eksplodowały ogniem, kiedy wykręcone pod nienaturalnym kątem stawy odmówiły posłuszeństwa. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, była rękojeść miecza, mknącego na spotkanie z jego głową.
wtorek, 4 sierpnia 2009
poniedziałek, 13 lipca 2009
Jak płatek śniegu #2
Biały olbrzym umierał.
Wiedziała o tym jeszcze zanim zobaczyła broczące zmieszaną z ropą krwią rany na jego boku i brzuchu.
Leżał u podnóża góry, której strome zbocza wyrastały wysoko nad światem, jakby uciekały przed jałową, posępną ziemią, a szczyt niknął w kłębowisku chmur.
Gigant czuwający nad gigantem.
Dziewczyna była wyziębiona i głodna. Od wielu godzin wędrowała przez tundrę, smagana zacinającym nieustannie wiatrem. Szła przed siebie, bez celu – nie sądziła nawet, że, aby iść, trzeba mieć cel. Czuła jak opuszczają ją siły, jednak surowe otoczenie nie dawało nadziei odpoczynku czy posiłku. Szła więc, a każdy krok budził ukrytą magię.
Odkąd przy jednym z mijanych jeziorek natrafiła na ślady potężnych łap, podążała ich tropem, uznając, że jest to kierunek tak samo dobry, jak każdy inny.
Teraz nie była już taka pewna.
Zbliżyła się do konającego stworzenia i zanurzyła dłonie w białe futro. Czuła ciepło jego ciała, trawionego gorączką i rozdzieranego bólem.
Potężne mięśnie karku napięły się, unosząc i obracając potężną głowę w jej stronę. Zadrżała, kiedy skrzyżowały się ich spojrzenia.
W czarnych oczach dostrzegła cierpienie. Ale nie tylko – także siłę i dumę, i mądrość, czerpiącą z serca ziemi i rozpostartą ku niebu. Nade wszystko zaś godność, której nic nie mogło zmącić.
Dziewczyna patrzyła na śmierć niepodzielnego władcy tundry, doskonale świadomego swej potęgi nawet wtedy, gdy wyciekające zeń życie mieszało się z błotem, a wokół unosił się odór śmierci i rozkładu.
Tak bardzo chciałabym ci pomóc, ale nie potrafię.
- Niestety, potrafisz. Każdy czarodziej potrafi przeprowadzić duszę przez Wieczne Śniegi. To nasz dar i nasze przekleństwo.
Pojawiła się znikąd. Żaden kamień nie zachrzęścił, nawet jedno źdźbło pożółkłej trawy nie skruszyło się pod jej stopą. Gdy Dziewczyna uniosła głowę, by na nią spojrzeć, odniosła wrażenie, że nieznajoma była tu przez cały czas.
Wydawała się jednym z otaczającym ich światem: ubrana w podniszczony, szary płaszcz, wysoka i emanująca spokojem, przypominała górę wyrastającą za jej plecami.
Jest stara – pomyślała Dziewczyna. – Nie, nie stara. Wiekowa. I piękna.
- Oj, dość tych bzdur – obruszyła się kobieta. – Stań przy mnie, gdy podążymy Białą Drogą. Nie próbuj mi pomagać, po prostu stój obok.
Dziewczyna posłusznie zbliżyła się do nieznajomej, nie bardzo wiedząc, jak i w czym miałaby jej pomóc.
Usłyszała szept, a urywane dźwięki z wolna zlały się w śpiewną melodię, w której, ku swemu zdziwieniu, rozpoznała modlitwę... Tak, Modlitwę Drogi.
Niech miękka będzie droga u twych stóp,
Pod opiekuńczym błękitem niech będzie droga,
Niech będzie wolna od znoju i znużenia, i zmagań,
Niech będzie droga prosta u twych stóp.
Powiadają, że czarodzieje potrafią kształtować świat, naginając go tak, by odpowiadał ich zachciankom. Podobno czerpią moc z ziemi, ognia, wody i powietrza, najpotężniejsi zaś (i najbardziej zuchwali) – z pustki, esencji czterech żywiołów.
Może to i prawda, gdy idzie o kuglarzy i jarmarcznych sztukmistrzów, czy ubranych w zbyt długie szaty starców, rzucających ognistymi kulami i zmieniającymi armie w stosy popiołu.
Jednak stara kobieta była czarodziejem innego rodzaju. Nie naginała świata do swych pragnień, ale sama dawała się nagiąć, wsłuchując się w rytm Wszechświata. Źródłem jej mocy nie był żaden z żywiołów, ani nawet pustka. Gdy stawała się jednym z Całością, rozróżnienie na to, co możliwe i na to, co nieosiągalne znikało, a to, co pozostawało, było czystą esencją magii.
Dziewczyna zrozumiała to w jednej chwili, czując, jak omiata ją fala mocy.
Zapanowała cisza, której nie mącił ani szum wiatru, ani wrzask rybitw, ani nawet bicie serca.
Ciiiiiiiiiiiiiszzzzzzaaaaa...
- Weź mój płaszcz i okryj się, a później chodź za mną.
Poczucie ciszy i harmonii zniknęło tak niespodziewanie, jak się pojawiło.
Dziewczyna bezmyślnie okryła się podanym jej płaszczem i podążyła za nieznajomą.
Jednak po chwili zatrzymała się i spojrzała za siebie.
Biały olbrzym leżał martwy u stóp góry.
Tam, gdzie błotnista ziemia wymieszała się z jego krwią, wyrastały żółte maki. Były ich setki.
Dziewczyna uśmiechnęła się, a potem ruszyła śladem oddalającej się czarodziejki.
Wiedziała o tym jeszcze zanim zobaczyła broczące zmieszaną z ropą krwią rany na jego boku i brzuchu.
Leżał u podnóża góry, której strome zbocza wyrastały wysoko nad światem, jakby uciekały przed jałową, posępną ziemią, a szczyt niknął w kłębowisku chmur.
Gigant czuwający nad gigantem.
Dziewczyna była wyziębiona i głodna. Od wielu godzin wędrowała przez tundrę, smagana zacinającym nieustannie wiatrem. Szła przed siebie, bez celu – nie sądziła nawet, że, aby iść, trzeba mieć cel. Czuła jak opuszczają ją siły, jednak surowe otoczenie nie dawało nadziei odpoczynku czy posiłku. Szła więc, a każdy krok budził ukrytą magię.
Odkąd przy jednym z mijanych jeziorek natrafiła na ślady potężnych łap, podążała ich tropem, uznając, że jest to kierunek tak samo dobry, jak każdy inny.
Teraz nie była już taka pewna.
Zbliżyła się do konającego stworzenia i zanurzyła dłonie w białe futro. Czuła ciepło jego ciała, trawionego gorączką i rozdzieranego bólem.
Potężne mięśnie karku napięły się, unosząc i obracając potężną głowę w jej stronę. Zadrżała, kiedy skrzyżowały się ich spojrzenia.
W czarnych oczach dostrzegła cierpienie. Ale nie tylko – także siłę i dumę, i mądrość, czerpiącą z serca ziemi i rozpostartą ku niebu. Nade wszystko zaś godność, której nic nie mogło zmącić.
Dziewczyna patrzyła na śmierć niepodzielnego władcy tundry, doskonale świadomego swej potęgi nawet wtedy, gdy wyciekające zeń życie mieszało się z błotem, a wokół unosił się odór śmierci i rozkładu.
Tak bardzo chciałabym ci pomóc, ale nie potrafię.
- Niestety, potrafisz. Każdy czarodziej potrafi przeprowadzić duszę przez Wieczne Śniegi. To nasz dar i nasze przekleństwo.
Pojawiła się znikąd. Żaden kamień nie zachrzęścił, nawet jedno źdźbło pożółkłej trawy nie skruszyło się pod jej stopą. Gdy Dziewczyna uniosła głowę, by na nią spojrzeć, odniosła wrażenie, że nieznajoma była tu przez cały czas.
Wydawała się jednym z otaczającym ich światem: ubrana w podniszczony, szary płaszcz, wysoka i emanująca spokojem, przypominała górę wyrastającą za jej plecami.
Jest stara – pomyślała Dziewczyna. – Nie, nie stara. Wiekowa. I piękna.
- Oj, dość tych bzdur – obruszyła się kobieta. – Stań przy mnie, gdy podążymy Białą Drogą. Nie próbuj mi pomagać, po prostu stój obok.
Dziewczyna posłusznie zbliżyła się do nieznajomej, nie bardzo wiedząc, jak i w czym miałaby jej pomóc.
Usłyszała szept, a urywane dźwięki z wolna zlały się w śpiewną melodię, w której, ku swemu zdziwieniu, rozpoznała modlitwę... Tak, Modlitwę Drogi.
Niech miękka będzie droga u twych stóp,
Pod opiekuńczym błękitem niech będzie droga,
Niech będzie wolna od znoju i znużenia, i zmagań,
Niech będzie droga prosta u twych stóp.
Powiadają, że czarodzieje potrafią kształtować świat, naginając go tak, by odpowiadał ich zachciankom. Podobno czerpią moc z ziemi, ognia, wody i powietrza, najpotężniejsi zaś (i najbardziej zuchwali) – z pustki, esencji czterech żywiołów.
Może to i prawda, gdy idzie o kuglarzy i jarmarcznych sztukmistrzów, czy ubranych w zbyt długie szaty starców, rzucających ognistymi kulami i zmieniającymi armie w stosy popiołu.
Jednak stara kobieta była czarodziejem innego rodzaju. Nie naginała świata do swych pragnień, ale sama dawała się nagiąć, wsłuchując się w rytm Wszechświata. Źródłem jej mocy nie był żaden z żywiołów, ani nawet pustka. Gdy stawała się jednym z Całością, rozróżnienie na to, co możliwe i na to, co nieosiągalne znikało, a to, co pozostawało, było czystą esencją magii.
Dziewczyna zrozumiała to w jednej chwili, czując, jak omiata ją fala mocy.
Zapanowała cisza, której nie mącił ani szum wiatru, ani wrzask rybitw, ani nawet bicie serca.
Ciiiiiiiiiiiiiszzzzzzaaaaa...
- Weź mój płaszcz i okryj się, a później chodź za mną.
Poczucie ciszy i harmonii zniknęło tak niespodziewanie, jak się pojawiło.
Dziewczyna bezmyślnie okryła się podanym jej płaszczem i podążyła za nieznajomą.
Jednak po chwili zatrzymała się i spojrzała za siebie.
Biały olbrzym leżał martwy u stóp góry.
Tam, gdzie błotnista ziemia wymieszała się z jego krwią, wyrastały żółte maki. Były ich setki.
Dziewczyna uśmiechnęła się, a potem ruszyła śladem oddalającej się czarodziejki.
środa, 8 lipca 2009
Jak płatek śniegu #1
Miała na imię Kaja i była czarodziejką, choć ani o jednym, ani o drugim nie wiedziała.
Odkąd sięgała pamięcią – czyli, mniej więcej, od wczoraj – myślała o sobie: Dziewczyna. Tutaj, pośrodku niegościnnej, smaganej zimnym wiatrem tundry, liczyło się tylko to, co pomagało w podtrzymaniu życia, trwałego niczym płomyk świecy, walczący z naporem jesiennej zawiei. Żadne imię nie osłaniało od chłodu, żadne czary nie chroniły przed głodem. Zatem nic nie były warte.
A jednak Dziewczyna czarowała, czerpiąc obficie z magii starszej niż ziemia i niebo: uśmiechała się.
Trudno było liczyć czas w krainie, gdzie słońce nigdy nie kryło się pod horyzontem, atoli coś dużo bardziej pierwotnego od świadomości podpowiadało jej, że narodziła się poprzedniego dnia.
Osobliwe to były narodziny. Pamiętała rozdzierający ból całego ciała, walczącego o oddech z zalewającą ją wodą. Gdy po raz pierwszy zaczerpnęła powietrza, świat eksplodował barwami: brązem, zielenią, błękitem, żółcią, czerwienią. Czerwieni było najwięcej. Tysiące zapachów zlewały się w jeden, trudny do opisania, ostry i przeszywający, ale, niespodziewanie, przyjemny. Poczuła uderzenie; feeria barw przed oczami ustąpiła miejsca tłumiącemu je fioletowi. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że, prócz wzroku i węchu, jest jeszcze coś. Czające się gdzieś głęboko wrażenie spowijającej ją ciszy.
Słyszę ciszę, pomyślała wtedy, zdziwiona, że może to zrobić – rozmawiać sama z sobą.
Morze wyrzuciło ją na kamienistą plażę. Nie, nie wyrzuciło – morze wydało Dziewczynę na świat, ofiarowując ją ziemi. Jej ziemię.
Otarcia na dłoniach i kolanach piekły nieznośnie. Leżała naga wśród kamieni, wsłuchując się w pulsujący rytm udręczonego ciała.
Tup-tup, tup-tup, tup-tup, tup-...
Wysoko nad światem biała rybitwa zaskrzeczała przeraźliwie, mącąc ciszę.
Dziewczyna uśmiechnęła się po raz pierwszy w życiu – do tnącego przestworza ptaka, do swojego ciała, do fioletu, który z wolna ustępował miejsca szaro-burym kolorom tundry, poprzetykanej niewielkimi wysepkami żółci i zieleni. Do majaczących w oddali gór i do morza, spokojnego teraz i cichego, wyczerpanego niełatwym porodem.
Była to chwila doskonałości.
Powiadają, że czarodzieje potrafią kształtować świat, naginając go tak, by odpowiadał ich zachciankom. Podobno czerpią moc z ziemi, ognia, wody i powietrza, najpotężniejsi zaś (i najbardziej zuchwali) – z pustki, esencji czterech żywiołów.
Może to i prawda, gdy idzie o kuglarzy i jarmarcznych sztukmistrzów, czy ubranych w zbyt długie szaty starców, rzucających ognistymi kulami i zmieniającymi armie w stosy popiołu.
Jednak dziewczyna była czarodziejem innego rodzaju...
Póki co, niespiesznie wstała. Zachwiała się, ale prędko złapała równowagę.
Zaczerpnęła powietrza, rozkoszując się jego smakiem. Tak dobrze.
Postawiła pierwszy krok, później drugi, bardziej pewny. I kolejny.
Wiele godzin później, zziębnięta i głodna, wciąż wędrowała w stronę gór.
Miała jeszcze tyle do zobaczenia...
Odkąd sięgała pamięcią – czyli, mniej więcej, od wczoraj – myślała o sobie: Dziewczyna. Tutaj, pośrodku niegościnnej, smaganej zimnym wiatrem tundry, liczyło się tylko to, co pomagało w podtrzymaniu życia, trwałego niczym płomyk świecy, walczący z naporem jesiennej zawiei. Żadne imię nie osłaniało od chłodu, żadne czary nie chroniły przed głodem. Zatem nic nie były warte.
A jednak Dziewczyna czarowała, czerpiąc obficie z magii starszej niż ziemia i niebo: uśmiechała się.
Trudno było liczyć czas w krainie, gdzie słońce nigdy nie kryło się pod horyzontem, atoli coś dużo bardziej pierwotnego od świadomości podpowiadało jej, że narodziła się poprzedniego dnia.
Osobliwe to były narodziny. Pamiętała rozdzierający ból całego ciała, walczącego o oddech z zalewającą ją wodą. Gdy po raz pierwszy zaczerpnęła powietrza, świat eksplodował barwami: brązem, zielenią, błękitem, żółcią, czerwienią. Czerwieni było najwięcej. Tysiące zapachów zlewały się w jeden, trudny do opisania, ostry i przeszywający, ale, niespodziewanie, przyjemny. Poczuła uderzenie; feeria barw przed oczami ustąpiła miejsca tłumiącemu je fioletowi. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że, prócz wzroku i węchu, jest jeszcze coś. Czające się gdzieś głęboko wrażenie spowijającej ją ciszy.
Słyszę ciszę, pomyślała wtedy, zdziwiona, że może to zrobić – rozmawiać sama z sobą.
Morze wyrzuciło ją na kamienistą plażę. Nie, nie wyrzuciło – morze wydało Dziewczynę na świat, ofiarowując ją ziemi. Jej ziemię.
Otarcia na dłoniach i kolanach piekły nieznośnie. Leżała naga wśród kamieni, wsłuchując się w pulsujący rytm udręczonego ciała.
Tup-tup, tup-tup, tup-tup, tup-...
Wysoko nad światem biała rybitwa zaskrzeczała przeraźliwie, mącąc ciszę.
Dziewczyna uśmiechnęła się po raz pierwszy w życiu – do tnącego przestworza ptaka, do swojego ciała, do fioletu, który z wolna ustępował miejsca szaro-burym kolorom tundry, poprzetykanej niewielkimi wysepkami żółci i zieleni. Do majaczących w oddali gór i do morza, spokojnego teraz i cichego, wyczerpanego niełatwym porodem.
Była to chwila doskonałości.
Powiadają, że czarodzieje potrafią kształtować świat, naginając go tak, by odpowiadał ich zachciankom. Podobno czerpią moc z ziemi, ognia, wody i powietrza, najpotężniejsi zaś (i najbardziej zuchwali) – z pustki, esencji czterech żywiołów.
Może to i prawda, gdy idzie o kuglarzy i jarmarcznych sztukmistrzów, czy ubranych w zbyt długie szaty starców, rzucających ognistymi kulami i zmieniającymi armie w stosy popiołu.
Jednak dziewczyna była czarodziejem innego rodzaju...
Póki co, niespiesznie wstała. Zachwiała się, ale prędko złapała równowagę.
Zaczerpnęła powietrza, rozkoszując się jego smakiem. Tak dobrze.
Postawiła pierwszy krok, później drugi, bardziej pewny. I kolejny.
Wiele godzin później, zziębnięta i głodna, wciąż wędrowała w stronę gór.
Miała jeszcze tyle do zobaczenia...
Bajki prastary początek
To było dawno... Za siedmioma górami, za siedmioma morzami żyła Księżniczka, bardzo piękna, bardzo mądra i bardzo niezwykła. Był też Książę, chwilowo wioskowy głupek, wyszydzany najmłodszy syn najstarszego ojca, albo anioł w ciele demona.
Pewnego dnia, Książę upomniał się o swoje dziedzictwo i, rzecz jasna, o Księżniczkę.
I cały świat stanął na głowie...
Rzeczywistość, jak ma to w zwyczaju, potrafi być niesłychanie bardziej niezwykła i zaskakująca od najpiękniejszej baśni. Mimo to...
Jest Księżniczka. I, chwilowo, jest daleko.
Jest też bezrobotny zabójca smoków, głupek, ale, w co bardzo chciałby wierzyć, książę z powołania.
Niech zatem będzie i opowieść - snuta przez niego dla niej, żeby dni mniej się dłużyły.
Opowieść, która zrządzeniem losu pokona siedem gór, siedem mórz i dotrze aż tam, na Północ, do krainy, w której Słońce (w lecie) nie zachodzi nigdy.
A, że, jak każda opowieść, także i ta winna rozwijać się wolno, tak, by każdy mógł znaleźć w niej coś dla siebie, na pewno starczy czasu i miejsca dla tych, którzy chcieliby dopisać do niej kawałek siebie.
Wszystko dla majutkiej Arktycznej Pszczoły, zaszytej tam, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach.
Posłuchajcie...
Pewnego dnia, Książę upomniał się o swoje dziedzictwo i, rzecz jasna, o Księżniczkę.
I cały świat stanął na głowie...
Rzeczywistość, jak ma to w zwyczaju, potrafi być niesłychanie bardziej niezwykła i zaskakująca od najpiękniejszej baśni. Mimo to...
Jest Księżniczka. I, chwilowo, jest daleko.
Jest też bezrobotny zabójca smoków, głupek, ale, w co bardzo chciałby wierzyć, książę z powołania.
Niech zatem będzie i opowieść - snuta przez niego dla niej, żeby dni mniej się dłużyły.
Opowieść, która zrządzeniem losu pokona siedem gór, siedem mórz i dotrze aż tam, na Północ, do krainy, w której Słońce (w lecie) nie zachodzi nigdy.
A, że, jak każda opowieść, także i ta winna rozwijać się wolno, tak, by każdy mógł znaleźć w niej coś dla siebie, na pewno starczy czasu i miejsca dla tych, którzy chcieliby dopisać do niej kawałek siebie.
Wszystko dla majutkiej Arktycznej Pszczoły, zaszytej tam, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach.
Posłuchajcie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)