środa, 8 lipca 2009

Jak płatek śniegu #1

Miała na imię Kaja i była czarodziejką, choć ani o jednym, ani o drugim nie wiedziała.
Odkąd sięgała pamięcią – czyli, mniej więcej, od wczoraj – myślała o sobie: Dziewczyna. Tutaj, pośrodku niegościnnej, smaganej zimnym wiatrem tundry, liczyło się tylko to, co pomagało w podtrzymaniu życia, trwałego niczym płomyk świecy, walczący z naporem jesiennej zawiei. Żadne imię nie osłaniało od chłodu, żadne czary nie chroniły przed głodem. Zatem nic nie były warte.
A jednak Dziewczyna czarowała, czerpiąc obficie z magii starszej niż ziemia i niebo: uśmiechała się.

Trudno było liczyć czas w krainie, gdzie słońce nigdy nie kryło się pod horyzontem, atoli coś dużo bardziej pierwotnego od świadomości podpowiadało jej, że narodziła się poprzedniego dnia.
Osobliwe to były narodziny. Pamiętała rozdzierający ból całego ciała, walczącego o oddech z zalewającą ją wodą. Gdy po raz pierwszy zaczerpnęła powietrza, świat eksplodował barwami: brązem, zielenią, błękitem, żółcią, czerwienią. Czerwieni było najwięcej. Tysiące zapachów zlewały się w jeden, trudny do opisania, ostry i przeszywający, ale, niespodziewanie, przyjemny. Poczuła uderzenie; feeria barw przed oczami ustąpiła miejsca tłumiącemu je fioletowi. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że, prócz wzroku i węchu, jest jeszcze coś. Czające się gdzieś głęboko wrażenie spowijającej ją ciszy.
Słyszę ciszę, pomyślała wtedy, zdziwiona, że może to zrobić – rozmawiać sama z sobą.

Morze wyrzuciło ją na kamienistą plażę. Nie, nie wyrzuciło – morze wydało Dziewczynę na świat, ofiarowując ją ziemi. Jej ziemię.

Otarcia na dłoniach i kolanach piekły nieznośnie. Leżała naga wśród kamieni, wsłuchując się w pulsujący rytm udręczonego ciała.

Tup-tup, tup-tup, tup-tup, tup-...

Wysoko nad światem biała rybitwa zaskrzeczała przeraźliwie, mącąc ciszę.

Dziewczyna uśmiechnęła się po raz pierwszy w życiu – do tnącego przestworza ptaka, do swojego ciała, do fioletu, który z wolna ustępował miejsca szaro-burym kolorom tundry, poprzetykanej niewielkimi wysepkami żółci i zieleni. Do majaczących w oddali gór i do morza, spokojnego teraz i cichego, wyczerpanego niełatwym porodem.

Była to chwila doskonałości.

Powiadają, że czarodzieje potrafią kształtować świat, naginając go tak, by odpowiadał ich zachciankom. Podobno czerpią moc z ziemi, ognia, wody i powietrza, najpotężniejsi zaś (i najbardziej zuchwali) – z pustki, esencji czterech żywiołów.
Może to i prawda, gdy idzie o kuglarzy i jarmarcznych sztukmistrzów, czy ubranych w zbyt długie szaty starców, rzucających ognistymi kulami i zmieniającymi armie w stosy popiołu.
Jednak dziewczyna była czarodziejem innego rodzaju...

Póki co, niespiesznie wstała. Zachwiała się, ale prędko złapała równowagę.
Zaczerpnęła powietrza, rozkoszując się jego smakiem. Tak dobrze.
Postawiła pierwszy krok, później drugi, bardziej pewny. I kolejny.
Wiele godzin później, zziębnięta i głodna, wciąż wędrowała w stronę gór.

Miała jeszcze tyle do zobaczenia...

1 komentarz: